Historia

 

 

ZGORZELISKO – miejscowość, która jest po części historią naszych dziadków…

Żegleniowie gazdują na Zgorzelisku od prawie 200 lat. Najpierw na łysinie położonej 200 metrów nad Małym Cichym przebywali jedynie sezonowo,

od Św. Wojciecha (23 kwietnia) do Św. Marcina (11 listopada) – na czas wypasu owiec.

W połowie XX w., gdy ich postawiona we wsi chałupa poszła z dymem, przenieśli się na górę na stałe. Owce zaś zaczęli wysyłać w Bieszczady – pociągiem. Na polanie nie żyło się lekko. Najtrudniej: za czasów jednego z dyrektorów sąsiadującego z nimi hotelu Tatry dla partyjnych notabli, który wywłaszczenie ostatnich gospodarzących na polanie górali traktował jak osobistą misję. Nie udało się. Dyrektora wymieniono, Żegleniowie przetrwali. 

Przetrwał też sam hotel i jego luksusowe – jak na lata 70. – wyposażenie: dekoracyjne kolumny z mozaiki, ściany z łupanego granitu,

drewniane boazerie. Ośrodek dla najważniejszych posiadaczy legitymacji partyjnej, budowany rękoma więźniów i żołnierzy,

otoczony kolczastym płotem, a niekiedy, jak podczas wizyt towarzysza Gierka, żywym murem–łańcuchem zbudowanym z młodych żołnierskich ciał, okazał się całkiem znośnym sąsiadem. 

Dzięki partyjnej inwestycji na Zgorzelisku pojawił się prąd, bieżąca woda, a drogę z bali, ułożoną jeszcze przed wojną, zastąpiła asfaltowa szosa.

Droga była wprawdzie przeznaczona do użytku ważnych gości, ale korzystali z niej też Żegleniowie.

Żołnierze, którzy dwa razy dziennie jeździli gazikiem do Zakopanego i z powrotem, przywozili im i ich gościom gazety, szampony i potrzebne wiktuały.

Gospodarze odpłacali się im świeżym mlekiem, twarogiem, jajkami.

Rada Ministrów nie bez powodu wybrała Zgorzelisko.Obiekt oddany do użytku w 1975 roku jest dziś najwyżej położonym hotelem w Polsce.

Z polany położonej 1105 metrów nad poziomem morza rozciąga się widok, dla którego warto nawet zaliczyć poślizg na zmrożonej szosie Oswalda Balzera z Zakopanego.

Składają się nań: bieluśka, nietknięta miejskim błotem polana, metrowe sople zwisające z chałup, ubielone świerki, no i silna reprezentacja tatrzańskich szczytów: od Lodowego, przez Gerlach, Rysy, Wołoszyn, Świnicę, po Osobitą.

Niby nic, a łapie za ceperskie serce.

Główna bohaterka, chałupa z drewnianych desek o pięknym miodowym kolorze, stoi na polanie Zgorzelisko od 1963 roku.

Jest – jak lokalna tradycja budowlana nakazuje – sklejona z dwóch części, z przylegającą pod kątem prostym stodołą i boiskiem na sprzęt (zimą: sanie do kuligu). Część dla ludzi jest oddzielona zadaszoną sienią od tej, w której przebywają zwierzęta.

Nawet gdyby śnieg zasypał chałupę po komin, gospodarze będą mogli dostać się do owiec i krów.

Takich chałup jest też wciąż trochę na dole – w Małym Cichym.

Parterowe domy z wyżką, czyli poddaszem, przykrytym skośnym dachem, są ustawione frontem na południe, żeby maksymalnie doświetlić wnętrze. Zbudowane z drewnianych płazów, ze szparami uszczelnionymi wełnianką, wyglądają niepozornie – zwłaszcza że są przytłoczone sąsiedztwem klasycznych murowańców, jakich wiele wyrosło w ostatnich latach na Podhalu.

Jedynym elementem, który góruje nad ich dachami, jest drewniana wieżyczka kościoła Św. Andrzeja.

Maleńkim kościołem (wszystkiego 7 rzędów ławek, na których w niedzielne msze rozsiadają się góralki zawinięte w kwieciste chusty) opiekują się dominikanie.

Jego wystrój zachwyca nawet opornych na duchowe wzruszenia: sufit w jodełkę, drewniane parzenice, na ołtarzu św. Józef z Jezusem, ubrany w gazdowską kapotę haftowaną w kwiaty.

Przy wejściu, obok chrzcielnicy i przybitego pinezkami zdjęcia Jana Pawła II (tego słynnego: z gołębiami wypuszczanymi na „Anioł Pański”), wisi ręcznie napisana historia powstania kościoła, który – jak wiele podhalańskich świątyń w czasach PRL-u – powstał… nielegalnie.

Był budowany parafialnymi siłami, bez zezwolenia władz, pod osłoną stodoły.

Czy to nie dowód na to, że jak górale z Małego Cichego się na coś uprą, to nie ma na nich mocnych?

Nawet jeśli chodzi o coś pozornie niemożliwego, jak pogodzenie interesów 150 właścicieli jednego kawałka ziemi.

Znajdująca się tu polana, jeden z dwóch przysiółków Małego Cichego to również miejsce dla zimo lubnych.

Zima tu nie zawodzi. Najpierw mróz ścina wodę, która wypełnia koleiny na jedynej prowadzącej tu drodze. Potem osypuje białym pyłem łąkę.

Którejś nocy przychodzi pierwsza śnieżyca. Kilka godzin i wszystko – góralskie domy, hotel Tatry, świerkowy las – jest przyduszone śniegiem.

Pierwszy, listopadowy (a zdarza się, że i październikowy) śnieg na Zgorzelisku zwiastuje początek zimowego zamordyzmu, który trwa aż do końca marca. Rozbrajają go jedynie podmuchy halnego, po którym stok zamienia się w lodowisko.

Ale nie na długo, bo, jak mawia gazda Stanisław Żegleń, po halnym zawsze przychodzi mróz. I zaczyna kurzyć.

Można znów zaprzęgać konie do sań, wyjeżdżać kuligiem na leśne drogi.